O autorze
Jest nas dwóch. Ten pierwszy jak w obrazek wpatruje się w plakat Rose'a, ten drugi co rusz przypomina mu o istnieniu "Króla" Jamesa. Ten pierwszy twierdzi, że nie ma bata na Bulls, ten drugi grzecznie wspomina o Heat, Thunder czy Lakers. Ten pierwszy lubi się smiać z Boozera, ten drugi... też. Łączy nas wielka słabość do NBA, Bulls, pick&rolli Gortata i spinów Boozera. Sympatii klubowych i personalnych nie ukrywamy, ale nie tracimy też chłodnych głów. Blog o NBA, niekiedy o czymś mniej z nią związanym (albo zupełnie nie w temacie). Od fanów, dla fanów.

The King and his ring

O takim dniu w karierze marzy się od samego początku – właściwie już od chwili, w której piłka po raz pierwszy trafia do twoich rąk. Powtarzasz sobie, że za kilkanaście lat to ty będziesz na ustach wszystkich. Triumf. Błysk fleszy. Sława i najwyższe uznanie. Mistrzostwo.

Ale momencik. Kiedy dorobiłeś się już milionów fanów na całym świecie, twoje nazwisko to marka, a na koncie od dawna widnieje sześć zer (z widokami na siedem) – tamta chwila, o której tak marzyłeś, staje się twoim przekleństwem. Choć popełniałeś błędy, dawałeś ludziom powody, by nie lubili i nienawidzili - pomimo nieprzeciętnych umiejętności. Ciągle czegoś brakuje – przysłowiowa małpa trzyma się ciebie jak również przysłowiowy rzep także przysłowiowego psiego ogona.

Mistrzostwo.

Dziewięć lat odkąd zaczynał w NBA. Dwa lata od kontrowersyjnej „Decyzji” i przeniesienia swych talentów na South Beach, by połączyć siły z Dwaynem Wadem oraz z Chrisem Boshem i z marszu wziąć całą ligę. Rok po tym, jak prowadząc z Dallas Mavericks 2-1, nie dźwignął odpowiedzialności (który już raz? – they asked) i to Dirk Nowitzki z Brianem Cardinalem spełnili marzenie każdego koszykarza. Dwa dni po tym, gdy wyeksploatowanego do granic ludzkiej wytrzymałości dopadły skurcze, zdołał wyrecytować Thabo Sefoloshy dźwięczne in your face i przyłożyć trójką między oczy.

Mistrzostwo.

LeBron James został mistrzem NBA. Ma swój pierścień, ma swą królewską koronę. A hejterzy mają problem – bo teraz naprawdę robią z siebie kompletnych idiotów. W tym przypadku konsekwencja nie jest wskazana.

- It’s about damn time, it’s about damn time – to pierwsze, co przeszło przez jego głowę, gdy słowo (mistrzostwo) ciałem się stało.



W tym przyspieszonym, skondensowanym przez lokout sezonie, James wszedł na kolejny poziom. Jak sam przyznał – w ubiegłorocznych finałach zgubił go egoizm, samolubność zarówno jako człowieka, jak i koszykarza. Usprawiedliwienia można upatrywać w okolicznościach, z jakimi miał do czynienia przez dotychczasowe siedem lat spędzonych na parkietach ligi zawodowej. Cavaliers nie potrafili bowiem skompletować takiego rostera, by James koniec końców nie musiał bić się z rywalami w pojedynkę. Kij ma przecież dwa końce. Tymczasem nagle miał obok siebie dwóch All Stars, z dawnymi nawykami trzeba było zerwać.

Ten wyższy poziom do bycie prawdziwym team player. Podającym, zbierającym, walczącym dla drużyny. Tylko ten crunch time… Niemniej jednak, do MVP sezonu regularnego to wystarczyło – 27,1 ppg, 7,9 rpg, 6,2 apg, 1,8 spg.

Playoffs? Odpowiednio: 30,3; 9,7; 5,6; 1,9.

W półfinale Konferencji Wschodniej Pacers prowadzili z Heat już 2:1 i czwarte spotkanie rozgrywali we własnej hali. Wade stracił rzut, jakby stworki ze Space Jam wyciągnęły z niego cały talent. Pacers mieli być na najlepszej drodze, by wysłać Jamesa na ryby. Nie udało się. Trzy kolejne wygrane, żałosny Danny Granger i przyszedł czas na Celtics.



Z kontuzją mięśni brzucha zmagał się Bosh, bostończykom brakowało jednego zwycięstwa – zwycięstwa u siebie. 2:3. James znów na rybach.



W serii z Thunder robił to, co przez cały sezon – rzucał, podawał, zbierał i walczył dla drużyny. Finały zakończył prawie- i triple-double. MVP Finałów.



I w żadnym razie nie twierdzę, że to był wózek ciągnięty przez jednego LeBrona. Wielu zastanawiało się, kto usunie się nieco w cień – on czy Wade. Tyle że Wade z rolą Tego Drugiego potrafił się pogodzić, a kiedy kumpla dopadał dołek – bez zająknięcia przejmował mecz i robił swoje. Mr Tough Shot. Trzeba docenić również Bosha, często i niesłusznie underestimated.

By ewoluować – a w rezultacie sięgnąć po upragnione mistrzostwo – James musiał mieć odpowiednie otoczenie. Dan Gilbert nie potrafił tego zrozumieć, James zaś – że z tym otoczeniem, jakie by nie było, trzeba współgrać, a nie grać obok niego. W Miami dostał dwóch topowych pomocników i zastęp role-players, którzy w ogólnym rozrachunku nie zawiedli. Efekt końcowy przynajmniej na to nie wskazuje.



Co dalej? Teraz chłopaki chwytają chwilę, zaraz oficjalna feta. Tomorrow can wait. I słusznie.



Heat weszli natomiast w stadium realizacji planu, o którym mówiło się od początku stworzenia Big Three 2.0. Pierwszy krok w dominacji nad ligą już wykonali. Mają ogromne doświadczenie, okrzepli w bojach. James zrzucił presję. Jako drużyna zaś, Heat momentami ocierali się o swego rodzaju perfekcję.

Więc co dalej? Not one, not two, not three... Ale ja tego nie powiedziałem.


***

Nie kibicowaliśmy Heat i Jamesowi ale respect - jest dziś najlepszym koszykarzem w NBA i ma wreszcie swój upragniony tytuł. Ale jutro rozpocznie się nowa misja. Misja o nazwie "Repeat" – hmmmm. Tego nawet nie trzeba tłumaczyć. A co do istoty – misja rozpoczęła się dwa sezony temu, teraz zaś dobiegł końca jej pierwszy, jednocześnie kluczowy etap.

Cóż, taka już celtycka natura :-) Jak to dalej szło – hejters gonna…

***

Sytuacja Jamesa błyskawicznie skojarzyła mi się z tą dotyczącą Cristiano Ronaldo – jeszcze zanim tekst o nich (nie czytałem) zawisł na głównej stronie Gazety. I tak, obu można nie lubić, bo niejednokrotnie wychodziło z nich buractwo. Skromnością nie grzeszyli – też prawda. Mają swoje za uszami i koniec kropka.



Czekam jednak na racjonalne wytłumaczenie tego zjawiska. Nie poruszając bliżej kwestii pozbawionego jakiejkolwiek logiki, zerojedynkowego podziału na zwolenników Ronaldo albo Leo Messiego, James jest w niejako analogicznym położeniu. Tam – stawaj po jednej ze stron albo spadaj, tutaj – albo cenisz, albo hejtujesz. Bez sensu.

Kiedy idę to fachowca, np. do szewca, który jest totalnym burakiem, megalomanem i zadufanym w sobie dupkiem, ale jednocześnie w fachu nie ma sobie równych – co wtedy? Kiedy ktoś zapyta mnie, jak naprawia buty, odpowiem – klasa! Kiedy spotkam jego byłą, oboje przyznamy – dupek. Kiedy jednak na ekranach telewizorów i monitorów oglądamy Ronaldo i Jamesa, ich nadludzkie wyczyny, to nic nam do ich osobistych przymiotów. Jesteśmy kibicami, pasjonatami, fanami, czasem świadkami. Nic więcej. Zajmijmy się wobec tego sportem i nie ośmieszajmy się podważając klasę tych, którzy w przyszłości pewnie staną się hall-of-famerami.

Gdyby George Best żył w obecnych czasach, to by dopiero go wierzące i praktykujące społeczeństwo polskie podsumowało. Brrrr.

***

Redaktor Tomasz Lis ostro pojechał z prawdopodobnym następcą Franciszka Smudy ( KLIK). Jak dla mnie – i nie jestem w tym poglądzie osamotniony – zbyt ostro. Nie można nikogo skreślać w ten sposób. Wyróżnił się? Dać szansę, jak najbardziej! W czym niby taki Skrorża jest lepszy od Fornalika? No?

Lenczyk? Probierz?

Wypaleni emeryci zza granicy vel zgrane karty?

Slaven Bilić był bardzo, bardzo na dorobku, kiedy zaczynał pracę z reprezentacją Chorwacji. Osiągnięcia miał jeszcze mniejsze niż Fornalik obecnie. Przyjmując zaś terminologię z przytoczonego tekstu – teraz Bilić jest tym KTOSIEM. Jakieś pytania?



mt
Trwa ładowanie komentarzy...