O autorze
Jest nas dwóch. Ten pierwszy jak w obrazek wpatruje się w plakat Rose'a, ten drugi co rusz przypomina mu o istnieniu "Króla" Jamesa. Ten pierwszy twierdzi, że nie ma bata na Bulls, ten drugi grzecznie wspomina o Heat, Thunder czy Lakers. Ten pierwszy lubi się smiać z Boozera, ten drugi... też. Łączy nas wielka słabość do NBA, Bulls, pick&rolli Gortata i spinów Boozera. Sympatii klubowych i personalnych nie ukrywamy, ale nie tracimy też chłodnych głów. Blog o NBA, niekiedy o czymś mniej z nią związanym (albo zupełnie nie w temacie). Od fanów, dla fanów.

Włoska robota, czyli jak to jest zrobione

s24.pl
To są póki co ich mistrzostwa. W niedzielny wieczór włoska łatka może przylgnąć już definitywnie do polsko-ukraińskiego turnieju, a lider reprezentacji Italii – wygrać wszystko, o czym marzy każdy piłkarz znad Adriatyku.

Przed każdymi mistrzostwami – czy to świata, czy Europy, czy powiatu wałbrzyskiego – wybieram jeden team, a w porywach nawet dwa, za które będę trzymał kciuki, dmuchał w telewizor i inne takie. Chyba każdy tak ma, że chce czuć się bardziej zaangażowany, by mecze z pozoru o neutralnym z pozoru wydźwięku miały jakąś stawkę i by wyzwoliły emocje. Teraz było o tyle łatwiej, że udział brała reprezentacja Polski. Przezorny – zawsze ubezpieczony, więc na wypadek nieporadzenia sobie z takimi gigantami światowego futbolu, jak Grecja z Chalkiasem w bramce czy Czesi z zabójczo skutecznym Barosem na szpicy – tradycję należało podtrzymać i tym razem.

Anglia i Włochy

O Anglikach wypada wspomnieć o tyle, że wygrali grupę i wpadli na Włochów, dzięki czemu miałem „swoich” w półfinale. Podopieczni Roy’a „W” Hodgsona pożegnali się z turniejem w stylu iście kiepskim, stłamszeni przez rywali i naiwnie rzucający wyzwanie losowi – bo jak inaczej określić to, że Gerrard i spółka z premedytacją dążyli do rzutów karnych, których zwyczajnie nie potrafią strzelać? Optymizm w narodzie jednak całkowicie nie wywietrzał, Henry Winter na przykład nawoływał do wzięcia ćwierćfinału za sukces. Ja bym ujął to nieco inaczej – zważywszy na wszystkie okoliczności, nie przynieśli wstydu i chyba nie zawiedli.



Spot ITV trafił w sedno – prawie jak David Beckham, który po tym, jak jego koledzy wygrali grupę D, obwieścił, że teraz… mogą sięgnąć po mistrzostwo. Good one, Becks.

Ale do rzeczy. Włochy. Italia. Squadra Azzurra.

Wystarczyło kilkanaście minut ćwierćfinału, bym wyzbył się jakichkolwiek wątpliwości, za kim ze „swoich” jestem. I teraz muszę wrócić do początkowych fragmentów grupowego starcia Włochów z Hiszpanią, taki flashback. Świadomy tła wyprawy Italii na EURO 2012 – bo przecież trudno było nie zasłyszeć o przymusowych wakacjach Domenico Criscito lub Rolexach Buffona – uderzyło mnie to, w jaki sposób ludzie Prandelliego grają w piłkę. Był luz, było wiele celnych podań, były klepki i – wreszcie – było też sporo gry ofensywnej (sic!). No jak nie Włosi, chciało się powiedzieć. Zupełnie. I ci nie-Włosi wyglądali przy Anglikach jak Barcelona przy 97% swoich rywali.

Włosi grają piłkę przyjemną dla oka, dopracowaną w detalach. Ich chce się oglądać – jak jeszcze niedawno Hiszpanię, której postawa – choć również na swój sposób perfekcyjna i, ehh, piękna – po prostu mnie męczy. Teraz zaś to włoski sposób na futbol powinien zyskiwać zwolenników. Zaznaczam – powinien, bowiem wielu wciąż hołubi Hiszpanów. Dlaczego? Wciąż zachodzę w głowę i nie wiem.

Pirlo, Pirlo, Pirlo… Świętym go! – wołają rozentuzjazmowani mieszkańcy słonecznej Italii. I choć chwila w cieniu i łyk zimnej wody są jak najbardziej wskazane, to tylko tłumaczy fenomen renesansu Pirlo. Z Niemcami miewał słabsze fragmenty, ale i tak nakrył czapką Bastiana Schweinsteigera. Dwa gole wbił Mario Balotelii, ale to Pirlo został wybrany piłkarzem meczu. W prywatnej gablocie brakuje mu tylko tytułu mistrza Europy. Ten argument zamyka usta wszystkim tym, którzy trajkoczą o zmęczeniu turniejem, starczych dolegliwościach etc. Nie, nie w takim w momencie, nie tym razem.

Cenię Hiszpanię, podziwiam ich osiągnięcia i wciąż ogromną piłkarską siłę. Wiem, że będzie to dla Włochów trudny rywal, może nawet zbyt trudny. Może ten piękny, włoski sen skończy się w finale. Może tak, może nie. Biorąc jednak EURO przekrojowo, Italia cholernie zaskoczyła prezentując się właśnie w tym stylu. Stylu, który można by nazwać nie-włoskim, gdyby nie osoba selekcjonera Prandelliego. Także, rzecz jasna, jutro – na parę godzin – staję się Włochem i kibicuje tym, którzy grają najładniej. Tyle że w Kijowie ani bramki, ani karne, ani rożne, ani też rzuty z autu nie będą przyznawane w nagrodę za styl – kto by pomyślał, że można o tym przypominać nie w kontekście Hiszpanii…

***

O EURO 2012, małe conieco rzekło się również o zamieszaniu wokół nowego trenera reprezentacji Polski, no i o Włochach rzecz jasna, rozmawialiśmy w upalne piątkowego popołudnie KLIK.

mt
Trwa ładowanie komentarzy...