O autorze
Jest nas dwóch. Ten pierwszy jak w obrazek wpatruje się w plakat Rose'a, ten drugi co rusz przypomina mu o istnieniu "Króla" Jamesa. Ten pierwszy twierdzi, że nie ma bata na Bulls, ten drugi grzecznie wspomina o Heat, Thunder czy Lakers. Ten pierwszy lubi się smiać z Boozera, ten drugi... też. Łączy nas wielka słabość do NBA, Bulls, pick&rolli Gortata i spinów Boozera. Sympatii klubowych i personalnych nie ukrywamy, ale nie tracimy też chłodnych głów. Blog o NBA, niekiedy o czymś mniej z nią związanym (albo zupełnie nie w temacie). Od fanów, dla fanów.

Witaj w domu, Kirk!

Anterior cruciate ligament, skrótowo podawane jako ACL, dla koszykarskiego Chicago oznacza coś więcej niż kontuzję. U progu tegorocznych playoffs, w których Bulls mieli rzucić wyzwanie Miami Heat, jeszcze zanim co więksi laicy w ogóle włączyli telewizory - w fatalny rozsypał się Derrick Rose. Wśród miliona myśli, które w tej chwili przemykały przez głowy fanów ekipy chicagowskiej, jedna kazała się zastanowić, kto pociągnie ten wózek do czasu powrotu Rose'a.

Roster Bulls borykał się z kontuzjami już przez praktycznie cały skrócony - bo liczący 66 spotkań - sezon regularny. Szczególnie nieciekawie wyglądała pozycja rozgrywającego, skoro C.J. Watson i John Lucas III byli starterami w łącznie 27 meczach, a trzeba pamiętać, że ten pierwszy również miał kłopoty z urazami. Rose'a bolały natomiast plecy, paluch i pachwina, zanim na starcie postseason przeciążeń nie wytrzymało lewe kolano.

Siłą rzeczy częściej, a na pewno zbyt często, w roli startującego PG widzieliśmy Watsona. W sezonie regularnym jego statystyki rzutowe wyglądały jeszcze jako tako, bo mowa o niespełna 37% z gry w ogóle i 40% zza łuku - irytujące bywało jednak, jak Watson potrafił hurtowo zarzucać rywali kolejnymi cegłami. Uwypukliły to playoffs, kiedy na więcej minut mógł liczyć Lucas III, biorąc pod uwagę skuteczność Watsona, która spadła poniżej 25%. Pięć i pół asysty również nie zwalały z nóg.

Buty Rose'a są dla Watsona zbyt duże. Bulls uświadomili to sobie, gdy były MVP z konieczności wbijał się w garnitur i grę kolegów podziwiał z perspektywy rezerwowych. Nie chodzi jednak wyłącznie o umiejętności stricte koszykarskie, bo odkurzony przez Bulls Watson tworzył przecież słynny skądinąd Bench Mob. To nie jest typ lidera, który nie ma skrupułów nawrzeszczeć na Carlosa Boozera, kiedy ten znowu był zbyt soft w pomalowanym rywali, a co najwyżej niezły zmiennik, ewentualnie combo, który miewa jednak problemy ze skutecznością. Przy obecnej sytuacji kadrowej, w Chicago potrzeba:

1) rozgrywającego na teraz i
2) zmiennika dla PG i SG na później.

Bulls nie podejmą opcji Watsona na nadchodzący sezon. Scenariusz ten był wiadomy już od kilku tygodni, w związku z czym pojawiały się nazwiskach różnych rozgrywających, jak choćby i Steve'a Nasha, i Jasona Kidda. Ale Tom Thibdeau potrzebował kogoś bardziej uniwersalnego. Z jednaj strony, by zapełnić lukę pod nieobecność Rose'a, z drugiej zaś, by po jego powrocie nie zostać ze zbędnym balastem. Kirk Hinrich od początku wydawał się strzałem w dziesiątkę.

Ten sam Hinrich, który w lipcu 2010 roku został przehandlowany do Wizards tylko po to, by jego gaża spadła z salary cap i pozwoliła Bulls być aktywnymi na rynku wolnych agentów.

Hinrich, który w 2003 roku został wybrany przez Bulls z siódmym numerem w Drafcie i który stał się twarzą odradzających Baby Bulls.

Hinrich, który z pojawianiem się Rose'a musiał usunąć się w cień, pogodzić z rolą drugiego rozgrywającego, a po odejściu do Detroit Bena Gordona więcej minut spędzać jako rzucający obrońca, czyli na mniej preferowanej przez siebie pozycji.



W tym momencie Hinrich jest dla Bulls rozwiązaniem idealnym. To przecież gość, który zna organizację od podszewki, a do tego jest niezwykle szanowany przez kibiców. Zwłaszcza za etos pracy, bo choć odstaje atletyzmem od współczesnych rozgrywających typu Rose'a właśnie, jest typem team player, zawsze grającego w pierwszej kolejności dla drużyny.



W trakcie rehabilitacji Rose'a, Hinrich będzie miał za zadanie napędzać ofensywę Bulls poprzez pick-and-rolls oraz flex offense. Kiedy natomiast lider drużyny chicagowskiej wróci na parkiet, Hinrich będzie nie tylko backupem na jedynce - za jego placem będzie z kolei zbierał szlify debiutant Marquis Teague - ale również dzielącym minuty z Ripem Hamiltonem na dwójce. Zdrowie Hamiltona było i będzie problemem, a solidny strzelec w osobie Hinricha znacząco wzmacnia backcourt, uniezależniając drużynę od kostek/kolan/pachwin Hamiltona. W minionym sezonie ponad 1/3 akcji Hinricha stanowiły rzuty po wyjściu zza zasłony (trafiał 36% z nich), więc jest w stanie bez większych problemów zastępować Hamiltona w tym elemencie. Ponadto Hinrich dzielił już z Rosem pozycje 1/2 w jego debiutanckim sezonie i obaj nie będą musieli uczyć się siebie nawzajem zupełnie od zera. To znacząco ułatwia sprawę.

Nie można zapomnieć, że Hinrich należy do najlepszych obwodowych obrońców w NBA na pozycjach 1/2. Da zatem to, czego nie dawali ani Watson, ani Lucas III - plasującą się poziom wyżej, twardą defensywę, którą uwielbia Thibodeau, której Rose będzie mógł się uczyć do Hinricha właśnie.

Ten pierwszy raz

Hinrich odrzucił propozycję Milwaukee Bucks, przystając na sześć milionów za dwa lata oferowane przez Bulls. Moratorium na podpisywanie wolnych agentów kończy się wraz z 11 lipca i wtedy Hinrich już oficjalnie ponownie zostanie graczem "Byków".

Wliczając zarobki Hinricha, Bulls zapłacą w przyszłym sezonie 67,3 milionów dolarów dziewięciu koszykarzom. Dziesiątym może być Omer Asik. Problem polega jednak na tym, że jako niezastrzeżony wolny agent, turecki center podpisał umowę z Houston Rockets, gwarantującą 25 milionów dolarów za trzy sezony, przy czym aż 15 milionów Asik otrzymałby w trzecim roku umowy, czyli w sezonie 2014/2015. Salary cap na sezon 2014/2015 mieści już niemal 30 milionów dolarów dla Rose'a i Joakima Noah, więc niespełna 17 milionów dla Carlosa Boozera zostanie prawdopodobnie amnestionowane. W każdym razie Bulls będą musieli się nagimnastykować, by nie rozliczać się z tzw. luxury tax (wg nowego CBA, po prostu "tax"). Identyczny manewr w postaci poison pill Rockets zastosowali proponując kontrakt Jeremy'emu Linowi.

Management oraz sztab szkoleniowy Bulls podkreślają, że decydując o wyrównaniu bądź nie oferty, którą Asik otrzymał od Rockets, będą kierowali się wyłącznie względami sportowymi. To by zaś oznaczało, że salary cap będzie miało drugorzędne znaczenie. Choćby Rockets nie podłożyli świni w postaci poison pill - ta ma bowiem na celu znaczne przekroczenie tax dopiero w sezonie 2014/2015 - Bulls w każdym razie będą zmuszeni zapłacić podatek od luksusu (przewidywana wartość graniczna puli zarobków koszykarzy będzie wynosiła 70,3 milionów dolarów). Po raz pierwszy w historii.

Gar Forman, GM Bulls, stwierdził, że "niejednokrotnie zaznaczaliśmy, że bardzo cenimy Omera i że naszym celem jest to, by Omer został z nami". Tak więc Asik raczej nie przeniesie się do Teksasu, podobnie jak Jeremy Lin, Rockets zostaną z pełną kasą i dziurami w składzie, ale odpowiednio Bulls i Knicks zostaną zmuszeni przełknąć gorzką pigułkę, matchując oferty dla swoich zastrzeżonych wolnych agentów.

Jeśli jednak Bulls pozostaną konsekwentni w swoim podejściu do tax, Asik zabierze swoje talenty (wypadałoby dodać, defensywne) do Houston. Rockets dostaną więc centra, ale centra przepłaconego. Chytry dwa razy traci i już.

Niemniej jednak, Bulls nadal szukają wzmocnień w osobach weteranów, którzy nie stanowiliby zbyt dużego obciążenia dla salary cap. Ostatnie dni przyniosły nazwisko choćby Michaela Redda.

mt
Trwa ładowanie komentarzy...