O autorze
Jest nas dwóch. Ten pierwszy jak w obrazek wpatruje się w plakat Rose'a, ten drugi co rusz przypomina mu o istnieniu "Króla" Jamesa. Ten pierwszy twierdzi, że nie ma bata na Bulls, ten drugi grzecznie wspomina o Heat, Thunder czy Lakers. Ten pierwszy lubi się smiać z Boozera, ten drugi... też. Łączy nas wielka słabość do NBA, Bulls, pick&rolli Gortata i spinów Boozera. Sympatii klubowych i personalnych nie ukrywamy, ale nie tracimy też chłodnych głów. Blog o NBA, niekiedy o czymś mniej z nią związanym (albo zupełnie nie w temacie). Od fanów, dla fanów.

Kapitan

Wśród mniejszych i większych, tych oczywistych, hitów ostatniego dnia okienka transferowego, "mój" hit miał miejsce na krajowym podwórku. Tym bardziej, że tego transferu nie spodziewałem się ani trochę - ale nie byłem sam.

W piątek po południu Lech Poznań poinformował, że kontrakt z klubem podpisał Piotr Reiss. 40-letni Reiss, od dwóch miesięcy bezrobotny po wygaśnięciu jego umowy z poznańską Wartą.

Dla przeciętnego zjadacza chleba - a wiadomo, że w tym kraju na piłce znają się absolutnie wszyscy - powrót Reissa na Bułgarską doskonale ilustruje nieco wytarte przysłowie, że tonący brzytwy się chwyta. Zajmując pozycję postronnego obserwatora nie wypada dojść do odmiennych wniosków. Oto Artjomsa Rudnevsa - zdobywcę 22 goli w sezonie ubiegłym i napastnika zdecydowanie wybijającego się ponad ligową szarzyznę, obejmującą zwłaszcza graczy przednich formacji, którym zazwyczaj strzelać się nie każe - zastępuje zawodnik podstarzały i z kartą na ręku. W tym sensie nie ma wielkiej różnicy, czy Lech ściągnął Reissa, Artura Bugaja Jarosława Maćkiewicza - mowa wszak o strategii klubu zorientowanej na stopniowy odwrót, regres tak sportowy, jak i organizacyjny.

Po kompromitującej porażce z Olimpią w Pucharze Polski starałem się zarysować krajobraz po Grudziądzu, patrząc na położenie Lecha nieco szerzej. Pamiętając w jaki kierunku szedł Lech jeszcze dwa-trzy sezony temu, jak spektakularnie zaprzepaszczono szansę zdominowanie ligowych rywali na obu wspomnianych polach, sięgnięcie po Reissa jest kolejnym wyrazem słabości Lecha. Szumne zapowiedzi włodarzy z przełomu maja i czerwca o niebagatelnym wzmocnieniu drużyny okazały się tylko napastliwie wciskanym kitem. Dotyczy to w szczególności pozycji napastnika, bo została potężna wyrwa po odejściu Rundnevsa. Są wszak Ślusarski, Ubiparip, z wypożyczenia do Warty wrócił Bereszyński, a Gergo Lovrencsics nie jest klasyczną "9". Wzmocnienia były/są oczywistością, jednak widocznie tych, którzy o nich decydują.

Na liście życzeń było rzekomo pięciu napastników, w tym tygodniu Mariusz Rumak miał przyglądać się atakującemu z ligi szwedzkiej. Raz kolejny nasłuchałem się o skautingu, gruntownych obserwacjach, ocenianiu przydatności mentalnej gracza. Zapachniało więc wielkim światem, by kilkadziesiąt godzin później wyciągnąć z kapelusza Reissa. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby razem z nim ściągnięto jeszcze kogoś - perspektywicznego, na kim można zarobić, jak to miało miejsce z zastąpieniem Lewandowskiego Rudnevsem. Tym samym włodarze zaprzeczyli sami sobie - bo ilu "dziadków" odstrzelono dlatego że były niewielkie szanse, żeby na nich zarobić? Kapitalistyczny duch gdzieś nagle uleciał.

Do tego dochodzi kontekst afery korupcyjnej. Sprawę Reissa starano się za wszelką cenę zamieść pod dywan, Lech udawał wręcz, że taki piłkarz w ogóle nie istnieje. Najpierw zawieszenie, a potem czekamy aż wygaśnie kontrakt. Wszystko po cichu. Sam Reiss opisywał w swojej autobiografii, że ze strony Jacka Rutkowskiego i Andrzeja Kadzińskiego padły post factum pewne obietnice, których nie dotrzymano.



- Piotr musi rozwiązać sprawę z wymiarem sprawiedliwości. Dopiero jeśli to się stanie, możemy dalej współpracować. Wówczas będzie pożegnalny mecz, wszystko, co trzeba. Dopóki są zarzuty, nie wchodzi to w grę - tak mówił wówczas Kadziński, a położenie Reissa w tym względzie nie zmieniło się. I choć on sam wspomniał na konferencji prasowej, że rozumie ówczesną postawę klubu, to raczej czysta kurtuazja. Niedowiarkom polecam rzeczoną autobiografię, ponieważ odkrywa wiele zakulisowych gierek.

Inną kwestią jest, czy postawa Lecha wobec Reissa była właściwa. Większość stwierdzi, że nie. Piotr Rutkowski oświadczył, że powrót Reissowi się należał. Bo się należał i tyle, nie mam co do tego wątpliwości. Skąd jednak radykalna zmiana stanowiska "wronieckich", tak brzydzących się korupcją? Ano stąd, że grunt wcale nie przestał im się palić pod nogami i zrobiono kolejny gest w stronę kibiców, coraz głośniej domagających się wpływu na zarządzanie klubem wobec postępującej jego degrengolady. Reiss stanowi tutaj idealną kartę przetargową, polepszy atmosferę, ociepli wizerunek. Pozwala kupić więcej czasu, a części sympatyków (tu: sponsorów) wmówić, że przecież wszystko jest w porządku - bo Reiss wrócił i znowu wszystko jest wspaniale.

Zostawiam już te narzekania. Dość obiektywizmu, wystarczy tego punktowania. Dla mnie, rodzonego poznaniaka, powrót Reissa ma drugie oblicze. I jak wielu innych sympatyków "Kolejorza", Reissa traktuję jako klubową legendę. Kiedy zaczynałem bardziej świadomie śledzić ligowe zmagania, jakoś pod koniec lat 90', pamiętam jak uderzyło mnie jego odejście do Herthy Berlin. Pamiętam też, jaką radość wywołał jego powrót, gdy Lech deklasował rywali na zapleczu Ekstraklasy, jak wielkim wzmocnieniem był dla ekipy Bogusława Baniaka. Przez następne sezony, gdy Lech borykał się z problemami finansowymi, to Reiss był jego bezsprzecznym liderem, najlepszym piłkarzem, Kapitanem. Utarło się, że Lech gra tak dobrze, jak dobrze gra Reiss. Mimo że podziwiałem wielu piłkarzy zza granicy, z oczywistych względów emocjonalnie najbardziej czułem się związany z Lechem i najbardziej podziwiałem Reissa. I wcale się z tym nie kryłem.



Afera korupcyjna tego nie zmieniła. Pamiętam dokładnie ten dzień, kiedy dowiedziałem się o zatrzymaniu Reissa (czy jak wolą niektórzy, R.) - od nauczyciela WF, który nie powstrzymał się przy okazji od solidnej dawki sarkazmu (jego tekst akurat niestety uleciał z pamięci). A mi zrobiło się po prostu smutno, tak po ludzku, że idol został publicznie napiętnowany. Co z tego, że zarzuty dopiero miały być postawione, a domniemanie niewinności większość ma dupie i opinia publiczna nie waha się niszczyć ludzi na postawie pomówień. W tramwaju słuchałem radia, czekając na serwisy informacyjne - a tam króluje R. W internecie to samo, w telewizji podobnie. Tak, to był bardzo przygnębiający dzień.

I jeszcze do tego Lech, klub, który przez lata był z Reissem utożsamiany i na odwrót, zawdzięczający mu naprawdę wiele, wobec którego Reiss zawsze był do bólu lojalny, przyłączył się do grona "kopiących". Do dziś mam żal, że sytuację rozwiązano właśnie tak - zupełnie bez klasy, nieprofesjonalnie, w każdym aspekcie źle.

Ponad trzyletnia banicja dobiegła końca. Sportowo Reiss nie stanowi upgrade'u, jakości znacząco nie podniesie, ale w specyfice Ekstraklasy, w której "emeryci" poczynają sobie niezwykle dziarsko, z pewnością się odnajdzie -coś strzeli, zaliczy asystę. I choć na szybkości nie bazował nigdy i w wieku 40-lat jest coraz wolniejszy, nieocenione pozostaje wielkie doświadczenie i typowy dla Reissa spryt. Do szatni wejdzie zaś Kapitan, przedstawiciel starej gwardii, lechita z krwi i kości. Lider i boiskowy przywódca, którego Lechowi w ostatnim czasie tak brakowało. Ktoś, kto potrafi zebrać do kupy grupę pełną obcokrajowców i rodzimych gwiazdek, do tego autorytet dla młodych. Może nawet idol dla niektórych.



Rumak zyskał więc w szatni kogoś wręcz nieocenionego i to największa korzyść płynąca z powrotu Reissa. Ta pozaboiskowa, o której niekoniecznie przeczytamy w pomeczowych relacjach. I nawet jeżeli jest to świadomy i wyrachowany ruch ze strony włodarzy, by gawiedź uspokoić - nieistotne. Kapitan wrócił na swoje miejsce.

mt
Trwa ładowanie komentarzy...