O autorze
Jest nas dwóch. Ten pierwszy jak w obrazek wpatruje się w plakat Rose'a, ten drugi co rusz przypomina mu o istnieniu "Króla" Jamesa. Ten pierwszy twierdzi, że nie ma bata na Bulls, ten drugi grzecznie wspomina o Heat, Thunder czy Lakers. Ten pierwszy lubi się smiać z Boozera, ten drugi... też. Łączy nas wielka słabość do NBA, Bulls, pick&rolli Gortata i spinów Boozera. Sympatii klubowych i personalnych nie ukrywamy, ale nie tracimy też chłodnych głów. Blog o NBA, niekiedy o czymś mniej z nią związanym (albo zupełnie nie w temacie). Od fanów, dla fanów.

Logika ludu

East News
To, jak postrzegani są przez rodaków polscy futboliści - czy to kluby, czy reprezentacja - stanowi swoisty paradoks. Czasami zastanawiam się, co jeszcze musi się wydarzyć, czyli z kim jeszcze musimy przegrać, żeby niepoprawni optymiści permanentni i tzw. "chorągiewki" wreszcie dostrzegli własną śmieszność.

Już w czwartek, kilkanaście godzin po potyczce z Anglią, z zaciekawieniem przewijałem facebookowego walla pod kątem związanych z nią reakcji. I wyszło mniej więcej tak: tuż przed wyczuwalne było pewne zrezygnowanie, ironiczne wpisy o szukaniu usprawiedliwiania w "Aferze Dachowej", chyba nawet pogodzenie się z porażką. Ale bach, nagle wyszło, że rywale grają tragicznie - na stojąco, bez energii. Nasi jakby przejęli inicjatywę, coraz śmielej atakowali. Serce rośnie i już, bramka Rooney'a dała kopa piłkarzom i gra wyglądała całkiem nieźle. Flegmatyczni Anglicy - cytując za Markiem Chojnackim - męczyli się na boisku. W końcu rzut różny, precyzyjna centra Obraniaka i gol Glika.

Euforia. Już przeczuwam, co czeka mnie dalej. Anglicy nie chcieli i nie potrafili, Polacy tylko nie potrafili dobić przeciwników. Podział punktów i godne uczczenie legendarnego wręcz Wembley 73'. Wszyscy mają doskonałe humory - piłkarze, kibice i facebookowicze, wszyscy są dumni z piłkarzy i pozytywnie zaskoczeni. Lud nabiera przeświadczenia, że jednak nasi bohaterscy chłopcy spisali się na medal i należy im się najwyższe uznanie. Byli świetni! Zasłużyli przecież!

A jeszcze we wtorek do pewnego radia dzwonili słuchacze, mówiąc o wieczornym występie polskich piłkarzy w sposób jednoznacznie prześmiewczy. Prowadzący wtórowali - pośmiejemy się, w końcu jedziemy z polskimi piłkarzami. Za to już w czwartek jeden z drugim prześcigali się w ochach i achach - ten dobry, ten waleczny, a trener to już w ogóle. Lewandowski? Że nie strzela bramek? Nieważne, biegał po skrzydłach!

Teraz piłkarze są bohaterami, nastroje w społeczeństwie zaś wyśmienite. Nikt nie pamięta już o klapie podczas EURO, o miernym występie w Tallinnie, potwornych męczarniach z Mołdawią. Remis z Anglią przysłonił wszystko. Zmienność nastrojów najlepiej obnażyły czerwcowe mistrzostwa Europy, kiedy bożyszcze nie poradzili sobie w grupie niespotykanie słabej na tym poziomie rozgrywek, zamykając tabelę. Nie wszyscy byli jednak w stanie dostrzec rozmiary porażki, np. kibice dziękujący piłkarzom w Strefie Kibica, dając niejako do zrozumienia, że jeszcze długo mottem Polaków będzie "nic się nie stało".

Teraz ci permanentni optymiści, którzy co rusz upatrują w przedstawicielu polskiej piłki faworyta w międzynarodowych starciach, stoją ramię w ramię z tymi, którzy po remisie z Anglią znów tym optymizmem emanują. Każą cieszyć się z narodowego triumfu, bohaterów nagradzać, a tych postulujących chłodne spojrzenie pytają retorycznie, ile wartę są ich przepowiednie klęski. No właśnie, ile?

Pytają też mnie. Bo tego uporczywego optymizmu w patrzeniu na polską piłkę nie rozumiem. Liga - kluby odpadły z pucharów jeszcze przed końcem wakacji, obijane przez przez europejską klasę niżej-średnią. Czasem przez pospolitych ogórków. Żadna nowość. Najczęściej byliśmy faworytami, zawód tym większy. Poziom ligi obniża się, poza własnym podwórkiem polskie kluby znaczą coraz mniej. Reprezentacja - chłopaki Smudy ćwierćfinały oglądali już w telewizji, o jakości sportowej występu powiedziano i napisano już wszystko, więc nie ma sensu powtarzać. W Estonii pasmo klęsk zostało podtrzymane, popisy z Mołdawią zostały przez kibiców wygwizdane. Fakty.

I nagle - co jest dla mnie niepojęte - wielu z nas puszcza w zapomnienie demolkę Ruchu Chorzów, którą urządziła sobie Victoria Pilzno, zamknięcie na własnej połowie przez Suworowa i spółkę we Wrocławiu i całą masę innych upokorzeń, rozczarowań. Wielu z nas zapomina o miejscu, jakie polska piłka zajmuje w światowej i w europejskiej hierarchii, o tym, jaka jest jej realna siła. Kogo ogrywamy, a kto nas ogrywa. Wielu z nas nie przyjmuje faktów, starając się zaklinać rzeczywistość. Mecz z beznadziejną tego dnia Anglią niczego nie zmienił. Pokazał wprawdzie, że Smuda dokonywał najczęściej złych wyborów i że w obecnym składzie osobowym można grać zdecydowanie lepiej. Nie wpływa to jednak na pozycje polskiej piłki - Glik pozostaje słabszy od Jagielki, Krychowiak od Carricka, Tytoń od Harta. A Polska od Anglii i Ukriany.

Odrzućmy skrajności i porozmawiajmy o faktach. O tym, że polska piłka pozostaje w ogonie, ale też że reprezentacja zrobiła mały krok, by z tego ogona się wydostać. O tym, że było bardzo źle, a jest trochę tylko mniej. O tym wreszcie, że reprezentacja dała asumpt do spojrzenia na nią okiem nieco przychylniejszym, lecz w rzeczywistości jest na początku drogi i nie może poradzić sobie z niektórymi bolączkami.

Czym innym są kibicowskie optymizm i wiara w sukces, jakkolwiek nieprawdopodobny na pierwszy rzut oka, czym innym racjonalne i krytyczne podejście. Obie te postawy nie muszą się jednak wykluczać. Polską przypadłością jest natomiast to, że przyjmując tę pierwszą ludzie są przekonani, że przyjęli tę drugą. A potrzeba tylko trochę dystansu.

PS Tyle tylko na sam koniec, że blog czeka gruntowna reorganizacja. Zmieni się zatem nieco tematyka wpisów w stosunku do pierwotnie zakładanej. Ale to za jakiś czas. A może już wkrótce?

mt

Więcej na Transfery.info
Trwa ładowanie komentarzy...