Bulls i końcówki

W świąteczną niedzielę z niemałą przyjemnością rozsiadłem się przed telewizorem, by obejrzeć pojedynek Knicks z Bulls. W końcu miał wrócić Derrick Rose, więc wybór był stosunkowo prosty - oglądam i basta.

Jeszcze zanim w Big Apple zabawa się w ogóle zaczęła, Michał Kajzerek napisał, jak kontuzja pomogła Derrickowi. Artykuł przeczytałem i zaczęło mi się wydawać, że będzie wprost bombowo - bo Rose z wysokości ławki gry się naczytał w bród i teraz wyczyta nawet, co tam przeciwnicy knują między wierszami.

A tu bach. W pierwszej połowie Bulls byli już -21, a sam Rose do przerwy miał siedem punktów przy ledwie 1/7 z gry. Ekipa chicagowska jednak nie z takich opresji już wychodziła obronną ręką. Na 3:45 przed końcową syreną jump shoota trafił Taj Gibson i Bulls wyszli na prowadzenie 91:81. Tyle że podopieczni Toma Thibodeau więcej punktów już nie zdobyli, a po dwa osobiste spudłowali Luol Deng i właśnie Rose.



- Mam nadzieję, że gdy następnym razem stanę przed taką szansą, już się nie pomylę- powiedział Rose.

Bulls dosłownie prosili się najpierw o dogrywkę, później już o porażkę. Kiedy fenomenalny ostatnio Melo Anthony trafił wielką trójkę (cóż za niefart Steve'a Novaka), ostatnia piłka przypadła rzecz jasna Rose'owi. Ten oczywiście spudłował.

OK, jedziemy dalej. Anthony zmniejsza dystans do dwóch oczek, a po ósmej stracie Rose'a i serii trzech kolejnych zbiórek Knicks na tablicy Bulls trafia zza łuku przez ręce Denga.



That's my house!

Znowu ostatnia piłka w rękach Rose'a i znowu pudło. Pal sześć, porażka nie będzie miała jakichś poważniejszych skutków, bo Bulls prawdopodobnie ugrają najlepszy bilans w całej NBA, a i Knicks powinni dzisiaj dostać rewanż.

Problem leży gdzie indziej, a są nim końcówki. Nie wiem, czym to jest spowodowane - czy zachłannością Rose'a, czy może słabością Thibodeau, który nie jest w stanie oprzeć się liderowi i rozrysować zagrywkę pod kogoś innego. Udało się to w tym sezonie przeciw Atlancie, kiedy Joakim Noah idealnie podawał do Denga.



Udało się po części w Milwaukee, kiedy przy remisie Bucks nie podwoili Rose'a i ten trafił game winnera na Jenningsem.



Kiedy zaś w starciu z Indianą Rose oddał piłkę, ta trafiła do... Briana Scalabrinego. Are you fuckin' kiddin' me?!



Tak wiele mówiono przy okazji ubiegłorocznych playoffs, że Rose nie ma w drużynie wsparcia. Serię z Heat zwieńczyła natomiast akcja stanowiąca idealną charakterystykę problemu, z którym zmagają się Bulls. Rose bowiem kurczowo trzymał się piłki i choć mógł podać do lepiej ustawionego Kyle'a Korvera, zagrał indywidualnie i dostał czapę od LeBrona Jamesa.



W niedzielę miałem deja vu. Nawet jeżeli Thibs cokolwiek rozrysował, jego koszykarze o strategii prędko zapomnieli. Piłka do Rose'a i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Takie podejście niezwykle przypomina to, które zaprowadziło Mike'a D'Antoniego na bezrobocie, tyle że jego sposobem na ofensywę był Anthony. Według Synergy, Rose trafia nieco ponad 35% rzutów w izolacjach.

Jeżeli Bulls chcą liczyć na poprawienie wyniku z minionego sezonu i wejść do Wielkiego Finału, Thibodeau musi nauczyć się końcówek. Muszą się ich także nauczyć sami zawodnicy. Bo czasem wielkość lidera polega na tym, że świadomy swoich słabości w odpowiednim momencie usunie się na bok, podporządkuje się odgórnym zarządzeniom. Zakładając, że te ostatnie rzeczywiście są.

mt
Trwa ładowanie komentarzy...